PUSTKA W WIELKIM MIEŚĆIE
Mamy dzidziusia. Niniejszym założyliśmy rodzinę. Nieco „kocią” - na kocią łapę ale prawdziwą, bo absorbującą i bałaganiącą.Z psem, co wskakuje na łóżko, i z telewizorem, pełną lodówką i dużą sofą. Zostałam Matką Polką i Panią –Włądczynią domu.Babcia Marysia mówi mojemu Wojtkowi, że jestem Gospodarna. Że on drugiej takiej nie znajdzie, a ja puchnę z dumy i ciekawa jestem czy taka już pozostanę. Ten fragment osobowości odziedziczyłam chyba po niej, ponieważ co dzień tak, jak Ona dzień zaczynam wcześnie i myślę co zrobić na obiad. Jakoś muszę znaleźć moment dla siebie na tak zwany obrządek-paciorek, żeby potem, jak to mówi z kolei moja Mama, być Fajną cały dzień i zachwycać się ludźmi, którzy tego potrzebują. Jestem teraz bardzo szczęśliwa i od czasu do czasu - kiedy już pościelimy wieczorem - dumna z siebie, że udało mi się wszystko zrobić.Tymczasem zaczęło się przecież od tego, że się zakochałam ( ze wzajemnością) i że było nas tylko dwoje. Codzienność rodzinna, choć błoga i pasjonująca, zabiera nam stopniowo – fragment po fragmencie- przestrzeń romantyczną, z której przecież ona sama powstała.Postanowiliśmy o nią zawalczyć, odbić rodzinie zgrabione terytoria naszych dusz. Nadszedł dzień rocznicy naszej pierwszej randki.Zaczęliśmy szukać wspomnień i wspólnie stworzyliśmy wizję idealnej randki w Warszawie. Dzieckiem opiekowała się młodsza siostra, a my byliśmy wolni- mogliśmy zrobić wszystko. Byłam tak podekscytowana, że aż trochę czułam stres. Rzeczywiście “motylki” były we mnie aktywne aktywne i mój brzuch stresował się jak cztery lata temu.Oto jak przebiegł ten wieczór „idealny”. Pogoda była świetna – gorąco acz z chłodnymi powiewami, taka jaką lubią wszyscy . Wojtek znalazł w internecie obiecujące zdjęcia restauracji francuskiej.Ruszyliśmy więc pod wskazany adres. Nie wiem jak to się stało, że miałam wrażenie, że pojedziemy na Saską Kęmpę. Niestety – ta romantyczna z pozoru i nastrojowa na fotografiach restauracja mieściła się w jednym z pawilonów na blokowisku Ursynowa. Nie tracąc dobrego nastroju spożyliśmy tam kolację. Ratatoullie bez sosiku to trochę nie Ratatoullie ale to pewnie tylko nasze zdanie.Pokornie zjedliśmy wszystkie odsłony cebuli i cukinii decydując się na deser w centrum. Otworzyliśmy wszystkie okna w samochodzie i głodni wrażeń ruszyliśmy. W radiu nie było nic, co mogłoby nas nastroić w ten sobotni wieczór. Tears in Heaven, Pump it Up , Nie mogę Cię zapomnieć czy kolejna wersja tym razem bossa novovo/chilloutowa „My Funny Valentine” - to nie są afrodyzjaki na jakie reaguje moje ucho.Po kolacji chcieliśmy odwiedzić naszą ławeczkę na górce obok starej skoczni narciarskiej (obok domu Jaruzelskiego) gdzie jak głosi legenda był nasz pierwszy pocałunek. Niestety pewna podejrzana pani z papierosem zajęła swoim ciałem jej całą powierzchnię i samotnie wyczekiwała na coś lub kogoś, czego zaczęliśmy się obawiać. Na przykład, że może nas pożre jak wyjdzie zkrzaków. Tymczasem powoli i konsekwentnie, igiełka przy igiełce,zajadały się nami komary zdecydowanie kierując nasze myśli w stronę oświetlonej części miasta. Z podciętymi skrzydełkami I swędzącymi łokciami posnuliśmy się trochę kierując w stronę ściślejszego centrum. Łażąc, a raczej słaniając się coraz bardziej senni, dotarliśmy do klubu Powiększenie. Ciągle czytam na Facebooku, że tam się tyle dzieje, że postanowiliśmy odnaleźć to miejsce i poddać się tej „fajności” niedostępnej w inne nierocznicowe wieczory. Była już prawie północ, a tam dopiero zbierali się ludzie na jakąś imprezę jednak my mogliśmy tańczyć teraz albo spać ( dla nas rodziców to już prawie doba na nogach). W obawie zaśnięcia na kanapie, odwodnieni i wyczerpani spacerami trafiliśmy wpół śnie do kawiarni po lemoniadę, która ocuciła nas na tyle jedynie by wsiąść do samochodu i „zaparkować” w dużym pokoju naszego domu.I tak oto dotarliśmy do najromantyczniejszego widoku tej nocy – śpiącej buzi Aniołka – naszej córki.Tamtej nocy zdalam sobie sprawę że Warszawa to niewesołe i nieromantyczne miasto. Wiem, że nigdy nie będzie Nowym Jorkiem gdzie ulice wypełnia mieszanka muzyki i seksu ale mogłaby być choć nieco bardziej zadumana i nastrojowa, jak Kraków lub energetyzująca i imprezowa jak Wrocław. I tak przed oczyma wyobraźni zobaczyłam nasz kraj jako ciało ludzkie i jego części ciała. Nie ujmując wagi wątrobie czy trzustce skupiłam się na głównych ośrodkach. Kraków to takie serce Polski, Wrocław to najedzony smacznie brzuszek, a Warszawa to nudna, smutna i zmęczona pracą głowa. Widzę to na swoich koncertach. Publiczność Krakowa jest duchowa, ciekawa, wzruszona i każe bisować bez końca. Wrocław tańczy i głośno klaszcze i wprowadza nas w trans, wyzwalając w nas instynkty zwierzęce. “Warszawka raczej nie płonie”, ona z wolna się schodzi, obczaja, analizuje i szybko wraca do domów bo od rana praca. Być może nie mam racji ale w moim świecie tak to wygląda.Proszę o radę od tych którzy wiedzą jak odczarować tą uporczywą i męczącą racjonalność w Stolicy.Wracając do samej randki to dnia następnego w komplecie pojechaliśmy na działkę za miasto. Tutaj było chyba to czego szukaliśmy poprzedniego dnia. I nie musieliśmy “pozbywać” się dziecka by to poczuć. Seks w Wielkim mieście jest moim zdaniem wyrazem nieświadomej tęsknoty za naturą oraz za poczuciem bliskości w kontakcie z czymś, co żyje. To naturalne, że potrzebujemy by ktoś nas oplótł niczym bluszcz i ukołysał jak toń jeziora. Czasem przyjemna staje się szorstka i ciepła powierzchnia trawiasta, innym razem gładkość chłodnego już drobnego piasku pachnącego minerałami.Skrzypiące pnie drzew jakby przestępujące z nogi na nogę w wolnym tańcu czy Ptaki w parach – duetach melodramatycznych śpiewające o wschodzie słońca. Parująca rzeka po nocy gorącej.Tak więc w lato, gorące takie jak to tegoroczne, już sama natura jeśli się nią dobrze otoczyć tuli nas i dyszy wkoło przypominając o poezji Leśmiana.
Felieton z wrześniowego Zwierciadła 2010 "Na dwa głosy"
"Solówa na gołe klaty"
To jest felieton o odwadze, wstydzie i
zdrowiu. Czuję, że pomiędzy tymi trzema kryje się pewna zależność i
łączy je siła wzajemnego oddziaływania.
Po pierwsze muszę się
przyznać do tego że za żadko się badam. Zbyt żadko odwiedzam lekaża w
celu kontroli swojego stanu zdrowia. Moje ciało jest więc trochę jak
samochód bez OC. Jeżdzę napędzana cichą nadzieją żę wszystko ze mną ok, i
że kontrolki, które czasem zamigoczą, za moment pogasną. Nie badam
sobie żywej krwi bo wiem że na pewno miałabym wynik świadczący o jakichś
drożdżakach albo pasożytach które tak jak ja lubią jeść włoskie białe
makarony I pieczywo czy słodką czekoladę. Gorsze jest jednak to, że są
również badania na które nie chodzę z innego względu, a mianowicie -
wstydu.
Im bardziej wiem że się wstydzę tym durniej, bo nie
znajdę innego słowa - się czuję. Nasze środowisko jest już tak
zdegenerowane że choćbyśmy byli w stu procentach bio i organic, to i tak
zatrute powietrze, woda i dziura ozonowa są w stanie - delikatnie
mówiąc- zabużyć nam naszą utopijną wizję zdrowia. Tak, jak nasza
Planeta, tak nasze ciała coraz bardziej cierpią, a ich komórki chorują
na przeróżne niedobory czy złogi. Najgroźniejszą chorobą cywilizacyjną
jest rak, a ja chcę mówić tu o raku piersi. W Polsce można go szybko
zdiagnozować i wówczas jest szansa na wyleczenie, ale aby uniknąć
tragedii potrzeba odwagi i pozbycia się głupiego w tej sytuacji wstydu.
Przeraża mnie myśl że, skoro ja – osoba publiczna, pozbawiona tremy,
zdolna do występów przed tysiącami ludzi - wstydzę się pokazać piersi
specjaliście- to co musi czuć ktoś skromny czy w mniejszym mieście,
gdzie akurat nie huczy żadna kampania społeczna dotycząca Usg piersi czy
mammografii.
Kiedyś, w czasach bardzo intensywnego grania
koncertów z Sistars, kiedy mieszkaliśmy właściwie w walizkach śniło mi
się że postanowiłam wyjść na scenę top less. Znużona rutyną, z którą tak
walczyłam w trasie, postanowiłam zrobić coś, co będzie naprawde świeże,
odważne i szczere. Pamiętam to bardzo wyraźnie. Dni jakiegoś miasta.
Tłum fanów przed sceną. Przypomina mi się, jak nieswojo czułam się
wychodząc z garderoby, mijając naszego technicznego - Budzika z
wypisanym zapytaniem na twarzy. Potem Filipa - naszego kierowcę i
pierwsze reakcje Pauliny i zespołu. Idę, idę. Choć czuję że jest mi już
zimno i że chcę zawrócić po t-shirt, wiem że już za późno. Wiem, że
sztuka wymaga poświęceń, oraz ekshibicjonizmu, sztuka wymaga odwagi i
nie można robić już potem kroku wstecz. Teraz, kiedy zaszłam tak daleko –
muszę zaśpiewać do ludzkości stojąc na samym brzegu sceny. Choć w
środku narastało napięcie i chęć kapitulacji, a serce waliło przerażone
stałam dumnie i zaśpiewałam.
Z tego snu się przebudziłam ale , jak
dziś sądzę, nie do końca. Marzenie o takim poczuciu odwagi i prawdy
pozostało gdzieś we mnie i czekało na spełnienie. Zawsze zazdrościłam
muzykom którzy na pełnym spontanie grają z gołymi klatami, ubrani
jedynie w tatuaże.
Mamo, Tato I drodzy dziadkowie. Teraz zwracam
się do Was. Muszę Wam coś powiedzieć bo wcześniej nie miałam odwagi. Tej
zimy, kiedy byłam już w zawansowanej ciąży dostałam maila z
zaproszeniem do udziału w pewnej akcji. “Pier(w)si w Polsce” to album z
fotografią Rafała Olejniczaka ukazujący obrazy piersi znanych Polek, z
którego dochód będzie przeznaczony na walkę z rakiem piersi. Okazało się
że wiele znakomitych kobiet już się przyłączyło manifestując swą odwagę
i dumę z bycia kobietą. Sama poczułam że będzie to wyzwanie również dla
mnie. W środku byłam w fazie oswajania strachu przed porodem i
wiedziałam że to jest szansa aby poczuć się silną i pozbawioną wstydu –
uczucia, które coraz bardziej mnie obciążało w życiu i na scenie. Do
samego końca – do ukończenia zdjęć – czułam jak z jednej strony wstyd
mnie paraliżuje a z drugiej czuję się jak we śnie gdzie on nie istnieje.
Podczas zdjęć, grałam więc w różne gry z moją głową by zostawiła ciało w
spokoju i pozwoliła mu być dumnym i pięknym. Dla wzmocnienia cały czas
przywoływałam obrazy super bohaterek, naszej warszawskiej Nike, albo
Syrenki z mieczem. Symbolizują one waleczność odwagę, pasję i walkę o
wolność której potrzebuję.
“I want to break free” do cholery czy
nie?!-powtarzałam sobie - No Tak! Więc zrywam marynarę, choć to podobno
przywilej wyłącznie dla mężczyzn.
Do końca ciąży, ćwicząc wygięcia
do tyłu, mostki, uśtrasanę, kapotasanę budowałam się od środka i
gotowałam do godziny zero. Odciążało mi to kręgosłup, otwierając klatkę
piersiową. Po takich ćwiczeniach czułam wręcz gorące fale przypływów
radości. Haha! Jakże cudownie się spiewa, gdy piersi są przed nami, gdy
nie wyciągamy szyi do ludzi niczym głodna akceptacji żyrafa ale
pozwalamy im przychodzić do nas by mogli odpocząć spragnieni przy barze
pełnym orzeźwienia.
Choć dziś jestem ślepą i szczęśliwe zdrową
kurą to wiem, że do walki z chorobą i aby żyć pełną piersią potrzeba
dużo siły odwagi i wsparcia środowiska. Jak mnisi tybetańscy szykuję się
całe życie na starcie z demonami. Przyjmuję wyzwania by mieć w sobie
spokój i siłę na ten moment. Nie rozbieram się więc dla pieniędzy ale
dla siebie i kobiet które czekają na nadzieję i pomoc oraz wstydzą się
być szczęśliwe i zdrowe. O to będą musiały walczyć na gołe klaty!
Źródło:Zwierciadło “Na dwa głosy” Czerwiec 2010
Szukajcie mojego kolejnego felietonu w listopadowym Zwierciadle, od 21 października w kioskach.